Last Knights

Weź azjatyckiego reżysera, opowieść inspirowaną 47 Roninami, dorzuć białych, żółtych i czarnych aktorów, przypraw to dobrymi kostiumami i naprawdę dobrą scenografią i wymieszaj.
Po ostygnięciu dorzuć szczyptę pieprzenia o honorze, a właściwie nie szczyptę, ponieważ każdy wie, że honor to ważna sprawa, więc wrzuć go tam ile się da i po wymieszaniu otrzymasz chuj wie co.

Naprawdę wierzcie lub nie, ale tego filmu nie da się sklasyfikować, ponieważ reżyser postanowił połączyć japońską historię z przepychem Hollywood i do tego dorzucił wszelkiej maści aktorów do których odgrywane role w ogóle nie pasowały.
Nie mówiąc już o tym, że parsknąłem  śmiechem, gdy zobaczyłem, że władcą królestwa jest czarny, który non stopa nawija o honorze.
Wierzcie, że nie mam nic do Gordona, znaczy Morgana Freemana, ale on w ogóle nie pasował do swojej roli.
Tak właściwie to podczas seansu znalazłem tylko dwie postacie, które uważałem, że są na swoim miejscu, szkoda tylko, że „upadek” jednej z nich dłuży się niemiłosiernie, a drugi jest postacią drugoplanową.

Nie wiemy co chcesz  powiedzieć, więc tak patrzymy na ciebie.

Przejdźmy jednak do opisu fabuły, która to do najgorszych nie należy, a pod koniec dochodzi do takich przewrotów, że ja pierdole.

Mamy czarnego pana (nie, nie Voldemorta), który zostaje zaproszony na wielkie obrady w stolicy królestwa i jako, że jest honorowy do bólu chce się tam udać i sprzeciwić się korupcji.
Na miejscu jednak nic nie idzie po jego myśli i zostaje postawiony przed wielkim władcą i oskarżony o próbę zabójstwa prawej ręki cesarza przez co zostaje skazany na śmierć, a jego ziemie zostają podzielone.
Po tym wszystkim zaczynamy obserwować jak wierny sługa rozpacza po utracie swojego mistrza i przez większą część filmu oglądamy jego upadek, co po pewnym czasie zaczyna nużyć.
Nie będę zdradzał więcej, bo nie chcę spojlerować, ale jeśli tak jak ja wyłączycie mózg podczas seansu, to też zostaniecie zaskoczeni.

Jeśli mam za coś pochwalić ten obraz, to jedynie za kostiumy oraz scenografię, bo naprawdę jest na czym zawiesić oko.
Do zalet jeszcze można dorzucić postać wiernego sługi, którą Clive Owen zagrał genialnie.

Mamy w sobie azjatycką krew!

Ja wiem, że ten film był swego rodzaju eksperymentem, ja wiem, że przekazuje on pewne wartości, które w naszym społeczeństwie umierają – naprawdę to rozumiem, ale i tak do mnie to nie trafia.
Może gdyby nie gadano tyle o tym jaki to honor jest ważny, gdyby zamiast mixu rasowego byliby tylko aktorzy z Japonii, to może by ten film był naprawdę dobry.
No i jeszcze ten brak krwi, no ja pierdole.

Filmowy Janusz mówi: Nie masz nic lepszego do roboty, to zapraszam na seans, bo mimo wad obraz wciąga ale polecałbym jednak wybrać coś z górnej półki. Jeśli jesteś fanem japońskiej kinematografii i lubisz samurajów, to lepiej odpuść sobie  to dzieo, bo hollywoodzcy aktorzy nie pasują w ogóle do swoich ról.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s